Uderz w puchara

luty 18, 2008

Dziś jest dzień zwycięstwa. Codzienne problemy wyblakły i straciły na znaczeniu. Nadszedł czas świętowania. A najlepiej świętować oczywiście w stylu studenckim. Jak studenci świętują nie trzeba nikomu chyba tłumaczyć.

Nareszcie koniec sesji. Można spokojnie wrócić do sielskiego “studiowana”. Ludzie co to była za batalia konflikt na miarę wojny zimowej. Trzy długie tygodnie kilka zaliczeń tyleż samo egzaminów, kilkanaście poprawek, i kilkadziesiąt bezpowrotnie straconych godzin. Udało się przetrwać, jednak nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Część nie wytrzymała napięcia i będzie musiała opuścić swoją Alma Mater. Dla niektórych koszmar powróci za rok ze zdwojoną siłą. Paru jeszcze walczy, zabarykadowali się w dziekanacie i szykują się do ostatecznego rozrachunku. I na toast za ich zdrowie znajdzie się miejsce dziś wieczorem.

Każdy kto myśli że zadanie egzaminów jest jedyną trudnością w czasie sesji jest w błędzie. Prawdziwa szkoła życia zaczyna się gdy człowiek egzamin już zda i nadchodzi okres wpisów. Skompletowanie wszystkich jest wyczynem nie byle jakim. Wymaga wykazania się odpornością zarówno fizyczną jak i psychiczną. Kolejki, latanie po całym mieście w tą i z powrotem w poszukiwaniu kwater prowadzących, długie godziny wyczekiwania pod drzwiami, a w dodatku ostateczny termin składania indeksów do rejestracji zbliża się nieubłaganie. Wszystko zdaje się być niekończącym się koszmarem. Jednak najgorsza ze wszystkich jest świadomość że jak już uda się przejść całą procedurę pomyślnie to za 3 miesiące wszystko rozpocznie się od nowa i tak w kółko. 2 razy w roku przez całe 5 lat (w optymistycznej wersji).

Na przykład wczoraj spędziłem 3,5 godziny siedząc na podłodze w wąskim korytarzu tylko po to by usłyszeć “otrzymał pan ocenę niedostateczną” i dostać tłuste 2 do indeksu.

Dzisiaj na ten przykład postanowiłem że załatwię sobie wpis z przysposobienia bibliotecznego i bhp (potrzebności i użyteczności tych przedmiotów nie będę komentował). Najpierw trzeba było ustalić gdzie ów wymieniona biblioteka znajduję się. Oczywiście okazało się że aby do niej dotrzeć trzeba przebyć pół miasta i nawet nie ma co liczyć na jakiś autobus lub tramwaj. Po przebyciu kilometrów paru udało mi się w końcu dotrzeć. Potem już było z górki 15min zwiedzania całego budynku aby odnaleźć ten wymarzony pokój w którym otrzymam wpis. Tuż przed drzwiami przyjąłem pozycję pt “student mający nadzieję coś załatwić”, głowa pochylona, kolana ugięte, błagalne spojrzenie. Zduszą na ramieniu DELIKATNIE zapukałem i wszedłem. Uwaga zagadka ile zajęło pani z biblioteki złożenie podpisu w mym indeksie?

30 min, a dodatkowo konsultacji z dwiema osobami osobiście (oczywiście w danej chwili przebywających w najbardziej oddalonym zakątku budynku) oraz z jedną telefonicznie. Ostatecznie dzięki uprzejmości pracowników biblioteki udało się… połowicznie gdyż pozostało jeszcze bhp. Pewny siebie skierowałem swe kroki prosto do odpowiedniego pokoju w końcu rozkład budynku znałem już na pamięć, gdzie pocałowałem klamkę.

Następnym razem chyba podrzucę komuś indeks nie on się martwi. Teraz tylko gdzie znaleźć takiego frajera….

stu dęt - “Daj mi wpis”